Działalność charytatywna

 O misjach w Afryce... Pani Iwona, mama Jakuba z kl. 2 szkoły podstawowej, od kilku dni przebywa z misją charytatywną w Kamerunie. Oto fragment jej relacji nadesłanej do szkoły...

Badań dzień 3

Ngelemanduka. Zostało nam 5 klas starszych i powinno szybciej pójść, ale okazało się, że sporo dzieci źle widzi i trzeba je kropić do dalszego badania.

Od pierwszego dnia zweryfikowałyśmy nasze badania i sprawdzamy konwergencję i widzenie na daleko. Jak jest dobre to kończymy. Jak dziecko źle widzi, to jeszcze widzenie do  bliży, refraktometria, badanie oka, rozstaw źrenic, dobór oprawek, zlecenie okularów i dopiero koniec. Jest wtedy zamieszanie, bo sporo dzieci siedzi w klasie i czeka na krople. Była z nami dziś Estera, ta pielęgniarka okulistyczna. Ma dziewczyna wiedzę i chęć do roboty. Dopytuje się, szybko łapie i naprawdę jest niezła jak na te warunki.  Przekonałam siostry, że warto w nią inwestować. Po skończeniu pobytu w Kamerunie, zostawimy kasetę, oprawki próbne, oftalmoskop i Schitza. Będzie przychodziła na misję i badała ludzi.

W trakcie badań przychodzili też dorośli - pańcia z banku wystrojona, obwieszona złotem, ze skrzydlikiem i presbyopią. Na koniec wizyty powiedziała, że doktor w Yaounde też jej to samo powiedział!!! To po co przychodziła i zawracała głowę, jak tu tylu pacjentów, którzy złota nie mają i nigdy nie widzieli doktora?? I matka chłopaka, który jest w seminarium. Niestety dla niej nie mieliśmy dobrych wiadomości - miała ciśnienie 70 i całkowity zanik n.II w obu oczach. Gdy już od godziny kończyliśmy pracę, zaczęli dochodzić dorośli. Ciągle i ciągle, w pewnym momencie już byłam tak zmęczona, że zaczęłam się denerwować, a w końcu uciekłam. Zdecydowałyśmy, że już koniec przyjmowania, a oni ciągle dochodzili. Zostawiłam siostrę Immakulatę i wyszłam tak szybko jak mogłam. Aga krzyczy dokąd idę, a ja że byle dalej stąd. Było 200 dzieci harmider, dzieci kończyły lekcje o 12 i strasznie się spieszyłyśmy - to było za dużo.

Poleciałyśmy na obiad, a już w oratorium dzieci przygotowywały dla nas występ. Oratorium jest piękne, nowo wybudowane dzięki siostrze Immakulacie, a sponsorowała je rodzina z Włoch. To ciekawa historia - mieli syna Louisa, który zmarł w wieku 8 lat na białaczkę. Śnił im się każdej nocy. Podczas pewnego snu powiedział: zbudujcie oratorium. Włoch przyjechał do Afryki, spotkał się z siostrą Immakulatą, obejrzał jej oratorium i postanowili pomóc. 4 miesiące temu urodziło się im kolejne dziecko - niestety z Downem. Ciągle zadają sobie pytanie dlaczego Pan Bóg ich tak doświadcza? Oni tyle dają innym, a w zamian otrzymują ból i cierpienie.

Występy były piękne - dzieci tańczyły, śpiewały. Wesoło, radośnie - opowieść o św. Katarzynie przedstawiały. potem tańce ludowe, pokaz mody... za nami siedziały pozostałe dzieci z oratorium. Tańczyłyśmy z pomponami, bawiłyśmy się z nimi, potem wręczyły nam piękne prezenty, obrazki malowane farbą olejną, obrazki ze skrzydeł motyla - na szczęście Konrad wyjaśnił, ze to skrzydła martwych motyli, figurki z drzewa  i nie wiem, co jeszcze, bo zostawiłam wszystko u sióstr, straszna ulewa była i bałam się, że się zniszczy.

Ulewa... tropikalna ulewa to przedziwne zjawisko. Najpierw zaczynają gryźć muszki mudmuty. Nie widać francy, nie słychać, a jak dziabnie, to czerwony placek rośnie w oczach. Potem swędzi, swędzi, swędzi... I nie można drapać, bo jeszcze bardziej swędzi. Aga ma w tym duże doświadczenie. Bardzo ją lubią. Potem zaczyna się błyskać, dookoła, wszędzie. I słychać kap, kap, kap.., a potem nic nie słychać, bo tak leje, że nawet stojąc obok siebie, trzeba krzyczeć, żeby się usłyszeć. To trochę jak mieszkanie na poddaszu i wiosenne ulewy w Polsce, tylko 10 razy bardziej. Ten deszcz też jest piękny, pod warunkiem, że nie trzeba wtedy wychodzić z domu, jechać drogą przez brus, nie odetnie od świata na 3 dni w wiosce murzyńskiej bez prądu wody i światła. No i taki deszcz spadł w trakcie, gdy dzieciaki występowały. Widać było, że tańczą, ale nie słychać było, co śpiewają. To dodatkowa atrakcja. Co ciekawe w takich chwilach zapominam, że te dzieci mogą być nosicielami HIV, gruźlicy, mają robaki i niewiadomo co jeszcze. Dopiero w pokoju stwierdziłyśmy z Agą, że po powrocie musimy się odrobaczyć, na wszelki wypadek.

Większość z nich - 95% to sieroty. Najczęściej straciły rodziców z powodu AIDS. Umiera jeden, potem drugi, a one zostają same. Zajmują się nimi dziadkowie, wujkowie, ktokolwiek z rodziny. Dzięki fundacji mają zapłaconą szkołę i mają co jeść. To niewiele, 420 złotych dla nas. A dla tych dzieci to całe życie. Mogą się nauczyć czytać, pisać, dowiedzą się co to AIDS i co robić, żeby go nie mieć. Niestety wiele z nich pewnie też ma AIDS, ale jeszcze o tym nie wiedzą. A te zdolne mogą wyjechać na studia do stolicy. Też dzięki fundacji, która sponsoruje bilet do świata dla tych młodych ludzi. Może tak powinno być, że to tutejsi ludzie powinni się kształcić i kiedyś zostawimy ich tu samych. Ale żeby tak się stało, to musimy im pomóc. Nie dając jedzenie czy pieniądze na jedzenie, ale kształcąc, ucząc, pokazując to, co najlepsze w naszej kulturze. To robi fundacja, łączy karmienie dzieci z edukacją. Przykładem jest Estella, która dzięki fundacji jest pielęgniarką i teraz może pomagać tu na stałe.

Jutro wyjeżdżamy z Ngelemanduka. Zostawiamy przebadanych 500 dzieciaków, receptę na leczenie fileriozy ocznej, leki, sprzęt dojedzie potem, gdy skończymy badania w Kamerunie. I trochę siebie. Zabieramy moc wrażeń i ciepło, które otaczało nas wszędzie dookoła w tym miejscu.  Wspaniałe Siostry Michalitki. Siostra Goretti od szkół -  nie da się zapomnieć o wspaniałej siostrze Immakulacie .

Idziemy na pożegnalną kolację. Zostało nam jeszcze badania Sióstr i personelu misji.

Opowieści przy kolacji - jemy pyszne ptysie pieczone przez księdza Darka i słuchamy opowieści misyjnych.  Jak to pewien ksiądz miał silne bóle pleców  i pojechał się leczyć do Yaounde do prywatnej kliniki. Po 3 dniach pobytu przychodzi lekarz i pokazuje, że na zdjęciu brzucha widać jak się zatrzymały gazy i trzeba zrobić lewatywę. Jak trzeba to trzeba. Jak sobie ksiądz posiedział od 1 w nocy do 6 rano w WC to na wizycie o 7 rano nic go nie bolało i natychmiast się wypisał. Musiał jechać do Polski, żeby rozpoznano mu dyskopatię:)

O afrykańskich czarach - jak się pozbyć AIDS. Należy przekazać chorobę innemu, czyli przespać się z kimś. Wtedy on jest chory, a ja będę zdrowy. W ten sposób nigdy AIDS się w tym kraju nie wypleni.

Reszta opowieści jutro, bo idziemy badać księdza Darka i pakować sprzęt przed jutrzejszą drogą.

Iwona (inne notki i informacje na stronie www.okuliscidlaafryki.pl 

 

 

 

img alt=